ŚWIEBODZICE
Aż 600 najuboższych rodzin ze Świebodzic (powiat świdnicki) dostanie w tym roku świąteczne paczki. To rekordowa liczba jeśli chodzi o pomoc podopiecznych gminnych i miejskich ośrodków pomocy społecznej. Read the rest of this entry »
ŚWIEBODZICE
Aż 600 najuboższych rodzin ze Świebodzic (powiat świdnicki) dostanie w tym roku świąteczne paczki. To rekordowa liczba jeśli chodzi o pomoc podopiecznych gminnych i miejskich ośrodków pomocy społecznej. Read the rest of this entry »
Były prezes odpowie za szkody wyrządzone papierni
Minimum 10 milionów złotych straciły Bardeckie Zakłady Papiernicze pod rządami Ireneusza P. Akt oskarżenia przeciwko niemu trafił już do sądu w Ząbkowicach Śląskich. Byłemu prezesowi grozi do 10 lat więzienia. Read the rest of this entry »
Przetargi na zarządzanie mieniem komunalnym znowu odłożony
Dzisiaj planowano otworzyć oferty w przetargu na zarządzanie kamienicami, w których znajduje się 56 tysięcy mieszkań komunalnych. Znowu się nie udało.
Pierwszy raz miano to uczynić 9 grudnia. Otwarcie ofert przesunięto właśnie na dzisiaj. I tym razem też się nie udało. Trzeci termin wyznaczono na 23 grudnia. Jak już pisaliśmy, najprawdopodobniej jest to efekt rozstrzygnięć jakie w piątek zapadły w Urzędzie Zamówień Publicznych. Od trzech tygodni miasto przyjmuje oferty w przetargu na zarządzanie lokalami komunalnymi. Kilka firm oprotestowało jednak zasady wyłaniania nowych gospodarzy kamienic. Read the rest of this entry »
WAŁBRZYCH Proces w łapówkarskiej sprawie wałbrzyskiej medycznej ośmornicy toczy się dalej
Blisko cztery godziny prokurator Krzysztof Szwartz odczytywał akt oskarżenia w łapówkarskiej sprawie zwanej wałbrzyską medyczną ośmiornicą. Proces, rozpoczęty we wtorek, jest kontynuowany, mimo iż obrona już na pierwszym posiedzeniu usiłowała go zablokować wnioskiem o przeprowadzenie badań psychiatrycznych kilku, spośród siedemdziesięciu oskarżonych. Read the rest of this entry »
LUBIN
„Istota wspomnień polega na tym, że nic nie przemija” – takim hasłem uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego w Lubinie przywitali gości, przybyłych na wczorajszą akademię. Szkoła święciła 55-lecie istnienia.
Młodzież – z charakterystyczną dla wieku ironią – przyglądała się i komentowała przybycie dawnych nauczycieli nauczycieli. Absolwenci zaś ze wzruszeniem spoglądali na emerytowanych wychowawców. A nie zabrakło na spotkaniu m.in. także byłych dyrektorów placówki, Zofii Pieńkowskiej oraz Zenona Sołtysiaka. Były przemówienia, gratulacje i uściski. I jak to przy takich okazjach, jedni mówili, że w szkole niewiele się zmieniło, inni – że panuje już „nowy duch”.
Autor artykułu: Mirosława Bożyńska
czy właściwsze jest trzymanie w domu kota, czy wietnamskiej swinki?
Frania jest czarna, ma zakręcony ogon, chrumka i kwiczy. Lubi spać na wersalce. Na spacery wychodzi na specjalnej smyczy, ale czasem sama też hasa po podwórku. Podzieliła sąsiadów z kamienicy – jedni ślą na jej właścicielkę skargi do straży miejskiej, inni pieszczotliwie klepią i drapią.
W kamienicy przy ul. Grunwaldzkiej świnia (krzyżówka wietnamki i miniaturki) żyje od wielu miesięcy. Jej właściciele to studenci. Oprócz Frani trzymają jeszcze dwa psy, z którymi żyje ona w całkowitej zgodzie. Inaczej niż z niektórymi lokatorami.
- Kto to widział, żeby świnia biegała po podwórku. Jak wyprowadzają ją na dwór nie da się nawet okna otworzyć, tak śmierdzi – opowiada lokatorka z pierwszego piętra. Sama trzyma w domu kota. – Może i też go czuć, ale przynajmniej tylko u mnie w domu, a nie na całej klatce schodowej – tłumaczy.
Straż miejska nie wie
- Mi tam nie przeszkadza. Mówią, że śmierdzi? Bzdura. To czyścioszek – opowiada pan Bogdan, sąsiad zza ściany. Nie rozumie dlaczego ludzie dziwnie reagują i czepiają się zwierzęcia. Raz nawet ktoś złośliwie oblał ją z okna wodą.
Niezadowolona sąsiadka poskarżyła się straży miejskiej. Nie tak dawno strażnik przyjechał, sprawdził, że na klatce schodowej jest czysto i… bezradnie rozłożył ręce.
- Nie wiedzieliśmy czy interweniować. Dlatego o pomoc w ustaleniu czy można takie zwierzę trzymać w wielorodzinnym budynku, wystąpilismy do wydziału środowiska i rolnictwa urzędu miejskiego – mówi Dagmara Turek- Samól, rzecznik straży.
Od tej pory sprawą Frani zajęli się urzędnicy, profesorowie i inne autorytety.
Sprzeczne podejścia
Uchwała wrocławskiej rady miejskiej zakazuje chowu zwierząt gospodarskich w mieszkaniach.
- W przypadku świnki wietnamskiej nie ma jednoznacznej opinii, czy jest to tzw. zwierze domowe towarzyszące czy zwierzę gospodarskie – wyjaśnia jednak Bolesław Gomułkiewicz, dyrektor wydziału środowiska i rolnictwa. Zauważa, że w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych świnki takie są zwierzętami domowymi, równie popularnymi jak psy i koty. Podobne zdanie podzielają specjaliści od trzody chlewnej, m.in. dyrektor Polskiego Związku Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej “Polsus” z Opola.
Ale już dyrektor wrocławskiego ZOO Antoni Gucwiński i prof. Stanisław Jasek z Akademii Rolniczej uważają inaczej. Twierdzą, że należy Franię traktować jako zwierzę gospodarskie, które nie powinno mieszkać z ludźmi.
Jak po psie
Dlatego przez długi czas właściciele Frani bali się, że ktoś zabierze im świnkę. A nie chcą jej oddać, nawet do schroniska.
Ale dziś chyba mogą odetchnąć. “Eliminacja świnki z zamieszkałej posesji łączy się z eliminacją fizyczną tj. zabraniem czy zabiciem świnki. Dla właściciela (…) może to być nawet przyczyna szoku psychicznego” – uważa dyrektor Gomułkiewicz. I odradza straży miejskiej interwencję.
– Więc nie interweniujemy. Oczywiście, ci ludzie muszą sprzątać po niej na podwórku, tak jak każdy właściciel psa – mówi Dagmara Turek -Samól.
Czy sprzątają? – Oczywiście – zapewniają.
W spółce Patron, która zarządza budynkiem, nie chciano z nami rozmawiać na temat ewentualnych problemów ze świnką.
Autor artykułu: Krzysztof Kamiński
Poseł zapytuje o sprawę wrocławskiej firmy
Dlaczego podległym Panu służbom tak bardzo nie zależy na kondycji polskich firm? Dlaczego zwlekają one ze zwrotem niesłusznie pobranego podatku – takie zapytanie poselskie skierował wczoraj Jacek Protasiewicz z Platformy Obywatelskiej do ministra finansów Andrzeja Raczko.
Sprawa dotyczy wrocławskiej firmy JTT Computer, która przez perypetie z fiskusem doprowadzona została do bankructwa. Spółka uznawana była za wizytówkę regionu, co roku odprowadzała 70 mln złotych podatków i zatrudniała około 400 osób. Teraz we wrocławskim sądzie rozpatrywany jest wniosek o ogłoszenie jej upadłości.
Fatalna kondycja przedsiębiorstwa, to efekt zmagań z urzędnikami fiskusa, które trwają już od ponad trzech lat. W 1999 roku firma dostarczała komputery do szkół. Zamówił je resort edukacji. W umowach zapisano, że JTT dostarczy je do składu celnego, czyli wyeksportuje. Sprzęt sprowadzany z zagranicy był bowiem zwolniony z podatku VAT i cła. Oszczędzając w ten sposób można było wyposażyć więcej szkolnych pracowni. Mechanizm zakwestionował jednak Urząd Kontroli Skarbowej, a sprawą zajęła się prokuratura. Wrocławska spółka musiała zapłacić ponad 10 mln podatku. Do dzisiaj go nie odzyskała, mimo korzystnych wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Podobne perypetie miał nowosądecki Optimus i jego prezes Roman Kluska, który został nawet aresztowany przez służby specjalne.
- Chcę aby minister finansów w końcu zainteresował się tą sprawą. Może jej nawet nie zna. A korzystny wyrok NSA w sprawie Optimusa – to była bardzo głośna sprawa – może mu zasugerować, że w Polsce są podobne spory – przekonuje poseł Protasiewicz.
Autor artykułu: Tomasz Bonek
Japońskie rzemiosło artystyczne we wrocławskim Muzeum Narodowym
Niewiele wyrobów światowego rzemiosła artystycznego zachwyca takim pięknem i kunsztem wykonawczym jak japońskie inro. Gwoździem pokazu we wrocławskim Muzeum Narodowym jest właśnie dwadzieścia luksusowych puzderek na medykamenty. Read the rest of this entry »
Juan Polvillo & Compania wystąpił na festiwalu “Gitara 2003″
Koncertem, którego gwiazdą był znakomity hiszpański tancerz flamenco Juan Polvillo, rozpoczął się VI Wrocławski Festiwal Gitarowy “Gitara 2003″. Artysta wczoraj wieczorem wystąpił ze swoim zespołem w Imparcie, a od piątku do niedzieli w Pałacyku będzie prowadził kurs flamenco.
To pierwsza wizyta Juana Polvillo w Polsce, ale nie pierwsza jego styczność z Polakami. W swojej karierze występował już między innymi przed papieżem Janem Pawłem II, a do jego szkoły w Sewilli – stolicy Andaluzji, skąd wywodzi się flamenco – często przyjeżdżają Polacy. Czy mają talent na miarę hiszpańskich artystów, którzy podobno flamenco mają we krwi? – Niekoniecznie trzeba być Hiszpanem, żeby dobrze tańczyć flamenco – tłumaczy. – Flamenco to coś, co po prostu trzeba poczuć. Jeśli tak się stanie, to wystarczy tylko doskonalić warsztat, pracować nad techniką.
Juan Polvillo przyznaje, że bakcyla flamenco złapał bardzo wcześnie. – Flamenco to w mej rodzinie długa tradycja. Już jak miałem cztery lata, słyszałem palmas (towarzyszące tańcowi i muzyce rytmiczne klaskanie – przyp. red.) i śpiew mojej babci. Wtedy zacząłem tańczyć – opowiada.
Kariera Juana Polvillo to pasmo sukcesów na najważniejszych konkursach i festiwalach tańca flamenco. Konkurencję ma jednak coraz większą, bo liczba ludzi, którzy tańczą, stale rośnie. – Flamenco rozprzestrzenia się na cały świat. Nawet w Japonii czy na Alasce są ludzie, którzy uczą się flamenco i można wśród nich znaleźć naprawdę świetnych tancerzy – wyjaśnia. – Mój szacunek wzbudzają wszyscy, którzy tańczą flamenco poza Hiszpanią, bo to wymaga od nich ogromnej pasji, pracy i wysiłku. My, Hiszpanie, mamy to na wyciągnięcie ręki.
Zdaniem Juana Polvillo popularność flamenco wynika z jego uniwersalności. – Zrodziło się w Andaluzji, ale wciąż się rozwija. Pojawiają się nowe instrumenty, na przykład skrzypce i kontrabas, coraz więcej jest wpływów innych kultur. Kiedyś flamenco było muzyką hiszpańską, teraz jest po prostu muzyką – mówi.
Podczas wczorajszego koncertu inaugurującego festiwal “Gitara 2003″ oprócz Juana Polvillo wystąpił także polski zespół flamenco Danza Del Fuego z jedną z najlepszych tancerek w naszym kraju Anną Mendak. Dzięki nim wszyscy, którzy chcą spróbować swoich sił we flamenco, będą mogli w weekend wziąć kilka lekcji pod okiem mistrza w Pałacyku przy ul. Kościuszki. Zapisy pod nr tel. 604 347 779.
Autor artykułu: Adam Furyk
WAŁBRZYCH Prawie dwustu kopaczy z biedaszybów straci pracę
Pracę kopaczom obiecano na dwanaście miesięcy. Ale wczoraj okazało się, że za kilka dni pójdą na bruk. – Ale nam święta pan uszykował – wołali rozgoryczeni ludzie do prezydenta Piotra Kruczkowskiego. Pozostał im tylko powrót do wyrobisk.
- Cztery miesiące tylko popracowaliśmy i teraz mamy iść na bruk! Jeśli nie przedłużą nam umów, to wrócimy do biedaszybów i będziemy dalej kopać węgiel! Bo co mamy zrobić panie prezydencie, no niech pan nam powie – naciskali na Kruczkowskiego Rafał Ostojski i jego kolega Robert Leszczyński. Ten pierwszy ma 26 lat, rodzice nie żyją, mieszka z dwiema siostrami, tylko jedna z nich ma pracę dorywczą. Ten drugi ma 47 lat, na utrzymaniu dwoje dzieci i konkubinę. Karany w przeszłości, pracy nie może znaleźć do dziś.
Umawiali się inaczej
- Jak wrócicie do biedaszybów to będziecie mieć do czynienia z policją. A poza tym, chcecie zginąć? – Wtedy nikomu nie pomożecie… – ripostował prezydent Piotr Kruczkowski.
Do ostrej wymiany zdań doszło w holu jednej z lokalnych telewizji, gdzie prezydent umówiony był na wywiad. Ludziom nie udało się porozmawiać z władzami miasta w ratuszu, więc postanowili koczować przed lokalem telewizji. Żądali wyjaśnień, bo za kilka dni kończą im się umowy o pracę. Byłych kopaczy zatrudniono głównie w spółkach miejskich i innych jednostkach budżetowych podległych gminie. Nie wszyscy jednak dostali 12-miesięczne umowy.
- W ramach programu specjalnego ze środków z budżetu państwa zatrudniono pięćset jeden osób. Kolejnych pięćdziesiąt dostało pracę za pieniądze z gminy. Reszcie zorganizowaliśmy stanowiska w ramach robót publicznych – mówi Marek Pabisz z wałbrzyskiego Urzędu Miasta.
Reszta to sto siedemdziesiąt dziewięć osób. Zatrudniona ze środków funduszu pracy. To im grożą zwolnienia.
Święta bez pieniędzy
- Teraz umowy się kończą, bo firmy i spółki, w których pracowali ci ludzie, muszą się do końca grudnia rozliczyć z pieniędzy Powiatowego Urzędu Pracy – wyjaśnia Marek Pabisz.
Kopacze są przerażeni. Podkreślają, że grudzień to szczególnie trudny dla nich okres. Chcą przyzwoicie spędzić święta, dlatego zamierzają wrócić do kopania nielegalnego węgla.
- Moja żona jest inwalidką, utrzymywaliśmy się z tych paru złotych, które zarobiłem w Ośrodku Sportu i Rekreacji. Żeby dostać tę robotę, padłem na kolana przed kobietą w Urzędzie Pracy, bo nie chciała mnie uwzględnić na liście. Dopiero jak się popłakałem, dała mi kwestionariusz. A teraz znowu nas zwalniają – denerwuje się 48-letni Edward Dąbrowski.
- Jestem w ciągłym kontakcie z Warszawą, robię wszystko, żeby ściągnąć kolejne pieniądze. Nie umiem powiedzieć, czy programy z pracą dla was ruszą w styczniu, czy w lutym. Zamiast podziękować mi za to, co robię żeby było wam lepiej, atakujecie mnie i oskarżacie – irytował się Piotr Kruczkowski.
Obietnice, obietnice…
Prezydent podkreślał, że jeszcze w grudniu ruszą siedmiodniowe prace interwencyjne. Potrzeba ludzi do zimowych robót porządkowych. Obiecał, że preferowani będą ci, którym właśnie kończą się umowy.
-Tak, ale to tylko jeden tydzień, co później? – żądali deklaracji 27-letni Tomasz Frelich i Krzysztof Lic. Ten pierwszy ma wykształcenie podstawowe, chciał pracować w strefie, ale tam nie było dla niego miejsca. Ten drugi ma 19 lat, przerwał szkołę i razem z ojcem poszedł kopać węgiel. Teraz traci pracę. Mówi, że wróci do ojca, który nigdy nie załapał się na prace z programu.
- Bądźcie cierpliwi, wiem, że dyrektor OSIR był z was bardzo zadowolony – powiedział prezydent. Ale nic konkretnego ludziom nie obiecał.
Autor artykułu: Ada Szurman